Translate

wtorek, 8 października 2013

Szczawno Zdrój, wyjazd treningowy 4-6.10.2013

Wyjazd do Szczawna w ostatni weekend był jednym z najciekawszych, a na pewno najbardziej obfitującym w przygody wszelakiego typu wyjazdem, w jakim miałam przyjemność uczestniczyć. Ale po kolei...

Wraz z Tomkiem wyruszyliśmy w piątek, godzina 6:31, planowo mając być w Wałbrzychu przed 12. Tak pięknie być jednak nie mogło... Jakieś 10km przed celem podróży lokomotywa zahaczyła o koparkę (wielkie było moje zdziwienie jak nas konduktor o tym poinformował... ja ani nic nie słyszałam, ani nie poczułam...), skutkiem czego dobrą godzinę, może nawet więcej postaliśmy sobie gdzieś w polu. Ostatecznie pociąg dotoczył się na najbliższą stację i podobno "już jechał" zastępczy pociąg z Wałbrzycha... Tylko coś długo te 10km jechał, bo ostatecznie obsuwa była ok. 2h... Gdybyśmy wiedzieli, że tyle to potrwa, to szybciej byśmy rowerami z tamtego pola dojechali. Żeby było zabawniej - uszkodzeniem, które nie pozwalało na kontynuowanie jazdy było... Lekkie otarcie lakieru, nawet wgniotów nie było. Brawo PKP!
 
 A w międzyczasie, podczas przymusowego postoju próbowaliśmy wytłumaczyć pewnemu Niemcowi naszym łamanym angielskim gdzie jest najbliższa trasa DH - ale w sumie nie jestem pewna, czy jakkolwiek mu to pomogło...:P


Wreszcie dotarliśmy na kwaterę, krótki odpoczynek i na tor. Pojeździliśmy, zarówno mi jak i Tomkowi udało się zaliczyć glebę na bandzie - on stracił przyczepność, a mnie dla odmiany wyniosło za bardzo na zewnętrzną i w pewnym momencie po prostu banda mi się pod kołami skończyła :P Bywa i tak ;]


Dzień drugi - niemal cały dzień (taaak, gdybyśmy tylko oboje wstali o odpowiedniej godzinie... :P) na torze, z przerwą na obiad. Ja powoli zaczynałam odczuwać progres w niektórych elementach, ale i sił coraz mniej. Tomek również coraz bardziej ogarniał, przełamał się też do polecenia hopy nad bandą i całkiem ładnie, z zapasem mu to wyszło... W międzyczasie wsiadł sobie też na mój rower i stwierdził, że na przyszły sezon składa coś podobnego - jak się następnego dnia okazało okoliczności go do tego zmuszają, ale o tym za chwilę...



Niedziela, dzień wyjazdu - tym razem szybkie ogarnięcie się rano i na tor, co by każdą możliwą minutę wykorzystać - niestety, Tomek zbyt długo się jazdą nie nacieszył... A dlaczego? Zobaczcie sami:



Szczęście, że jemu się nic nie stało, poza ogólnym poobijaniem się - ale rower tego już nie przeżył...




Tak więc później już tylko ja trochę pojeździłam, a Tomek wszedł w rolę mojego osobistego kamerzysty - dzięki czemu możecie zobaczyć moje nieudolne próby przeskoczenia stolika - ciągle trochę brakowało tym tylnym kołem... Ale - na wiosnę, na następnym wyjeździe to ogarnę! ;)





Z racji, że czekała nas piesza wędrówka na pociąg, trzeba było się zwijać wcześniej, niż zakładaliśmy - ale też nie miałam już siły do jazdy, więc nie była to jakaś ogromna strata. Podróż powrotna minęła całkiem pozytywnie, szczególnie, że spotkaliśmy Mateusza wracającego z Dzikowca - dzięki za umilenie mi tego czasu tak, jak tylko Ty potrafisz! :)

I tak minął najpewniej ostatni większy trip w tym roku - teraz może jeszcze jednodniowa wyprawa do Nowej Soli i pewnie nic więcej - większość weekendów zajęta przez uczelnię, a w tygodniu ciężko się wyrwać... Podsumowując - jest lepiej na bandach, nie hamuję w kilku miejscach gdzie to robiłam i patrzę dalej w zakręt - a nie jak to wcześniej miałam tendencję z 2m przed koło, przez co na wyjściu z bandy nie ogarniałam co mam robić dalej. Pompuję szybciej, ale wciąż nie tak, jak powinnam. I manuala muszę porządnie ogarnąć, bardzo by się przydał w kilku miejscach.
Oprócz tego plan na przyszły sezon, a jak dobrze pójdzie to może już na wiosnę - polecieć drewniaka. Kusił, ale za mało mocy w nogach żeby mieć pewność, że wystarczająco się napędzę. Ale spoko, mam całą zimę żeby nad tym popracować ;]



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz