Wyjazd do Szczawna w ostatni weekend był jednym z najciekawszych, a na pewno najbardziej obfitującym w przygody wszelakiego typu wyjazdem, w jakim miałam przyjemność uczestniczyć. Ale po kolei...
A w międzyczasie, podczas przymusowego postoju próbowaliśmy wytłumaczyć pewnemu Niemcowi naszym łamanym angielskim gdzie jest najbliższa trasa DH - ale w sumie nie jestem pewna, czy jakkolwiek mu to pomogło...:P
Wreszcie dotarliśmy na kwaterę, krótki odpoczynek i na tor. Pojeździliśmy, zarówno mi jak i Tomkowi udało się zaliczyć glebę na bandzie - on stracił przyczepność, a mnie dla odmiany wyniosło za bardzo na zewnętrzną i w pewnym momencie po prostu banda mi się pod kołami skończyła :P Bywa i tak ;]
Dzień drugi - niemal cały dzień (taaak, gdybyśmy tylko oboje wstali o odpowiedniej godzinie... :P) na torze, z przerwą na obiad. Ja powoli zaczynałam odczuwać progres w niektórych elementach, ale i sił coraz mniej. Tomek również coraz bardziej ogarniał, przełamał się też do polecenia hopy nad bandą i całkiem ładnie, z zapasem mu to wyszło... W międzyczasie wsiadł sobie też na mój rower i stwierdził, że na przyszły sezon składa coś podobnego - jak się następnego dnia okazało okoliczności go do tego zmuszają, ale o tym za chwilę...
Niedziela, dzień wyjazdu - tym razem szybkie ogarnięcie się rano i na tor, co by każdą możliwą minutę wykorzystać - niestety, Tomek zbyt długo się jazdą nie nacieszył... A dlaczego? Zobaczcie sami:
Tak więc później już tylko ja trochę pojeździłam, a Tomek wszedł w rolę mojego osobistego kamerzysty - dzięki czemu możecie zobaczyć moje nieudolne próby przeskoczenia stolika - ciągle trochę brakowało tym tylnym kołem... Ale - na wiosnę, na następnym wyjeździe to ogarnę! ;)
Z racji, że czekała nas piesza wędrówka na pociąg, trzeba było się zwijać wcześniej, niż zakładaliśmy - ale też nie miałam już siły do jazdy, więc nie była to jakaś ogromna strata. Podróż powrotna minęła całkiem pozytywnie, szczególnie, że spotkaliśmy Mateusza wracającego z Dzikowca - dzięki za umilenie mi tego czasu tak, jak tylko Ty potrafisz! :)
I tak minął najpewniej ostatni większy trip w tym roku - teraz może jeszcze jednodniowa wyprawa do Nowej Soli i pewnie nic więcej - większość weekendów zajęta przez uczelnię, a w tygodniu ciężko się wyrwać... Podsumowując - jest lepiej na bandach, nie hamuję w kilku miejscach gdzie to robiłam i patrzę dalej w zakręt - a nie jak to wcześniej miałam tendencję z 2m przed koło, przez co na wyjściu z bandy nie ogarniałam co mam robić dalej. Pompuję szybciej, ale wciąż nie tak, jak powinnam. I manuala muszę porządnie ogarnąć, bardzo by się przydał w kilku miejscach.
Oprócz tego plan na przyszły sezon, a jak dobrze pójdzie to może już na wiosnę - polecieć drewniaka. Kusił, ale za mało mocy w nogach żeby mieć pewność, że wystarczająco się napędzę. Ale spoko, mam całą zimę żeby nad tym popracować ;]


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz